29 wrz 2012

Znów jedziemy na Łemkowszczyznę!

Tym razem żeby podzielić się z naszymi rozmówcami tym, co udało nam się stworzyć inspirując się spotkaniami z nimi. W planach mamy odwiedzić Gorlice, Bartne i Gładyszów. Wspominając nasz wyjazd
w czerwcu 2012 r., z niesamowitą radością znów usiądziemy wspólnie, by porozmawiać i pośpiewać przy ognisku. Głównym celem naszej wizyty jest spektakl:

Spotkania/Muzykowania zagramy w Świetlicy Wiejskiej
w Bartnem (dn. 06.10.2012 r., godz. 18.30) i w Gorlickim Centrum Kultury w Gorlicach (dn. 07.10.2012 r., godz. 16.00).

Wydarzenia są organizowane przez Ośrodek Nowy Świat i Teatr
im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy, Ruską Bursę w Gorlicach, Sołectwo w Bartnem, Gorlickie Centrum Kultury.

Wstęp jest bezpłatny. Zapraszamy wszystkich serdecznie!

Kilka słów o spektaklu:

Spotkania/Muzykowania to amatorski, bardzo poetycki i muzyczny spektakl. To impresja z wyprawy na Łemkowszczyznę i wizyt
na wsiach w okolicach Legnicy zamieszkiwanych przez Łemków. Dużą rolę odgrywają w nim łemkowskie pieśni. Nie posiada
on jednej, ciągłej fabuły. Jest raczej próbą dotknięcia tych łemkowskich opowieści, które najbardziej poruszyły młodych aktorów. Główną inspiracją podczas tworzenia były bowiem wspomnienia ze spotkań
z Łemkami i ich historie.

Media o spektaklu:

„Rozśpiewany, muzyczny spektakl (…) Widowisko nie będzie miało wyrazistej fabuły. Będzie impresją pełną śpiewu, muzyki i ruchu. Wykorzystane zostaną w nim rekwizyty (m.in. piękna drewniana skrzynia posagowa), które uczestnicy wędrówki przywieźli
z czerwcowej eskapady.” (Grzegorz Żurawiński, „Spotkanie/Muzykowanie na Nowym Świecie”, legnicka gazeta teatralna AKT, 25.06.2012).

28 wrz 2012

ZAKOŃCZENIE SEZONU 2012

28.09.2012 r. kończymy sezon na Nowym. Wieczory już dość chłodne, nie można więc odpuścić okazji, by rozgrzać się przy ognisku! Weźcie ze sobą coś do jedzenia i picia, byle by było dostosowane do przygotowania i spożycia w warunkach polowych ;)

Wydarzenie na facebooku: http://www.facebook.com/events/124102984403951/
Dołączajcie!

Zapraszamy wszystkich bardzo serdecznie, zaczynamy o 18:00!

Ośrodek Nowy Świat w Legnicy, ul. Nowy Świat 19, wejście od ul. Korczaka 17.



2 lip 2012

Spotkania/Muzykownia wcale się nie skończyły...

Spektakle się odbyły. Wystawialiśmy je w sobotę i niedzielę. Widownia była prawie pełna. Opowiadaliśmy o spotkaniach, historiach, pieśniach. Właściwie to samo w sobie było spotkanie i nasza wspólna pieśń - pieśń uczestników warsztatów, ludzi których spotkaliśmy po drodze, i wreszcie widzów, którzy przyszli do nas na Nowy Świat w sobotę i niedzielę.

Spektakl opowiadał historie, ale nie w całości. Dlatego zadawał pytania. Mamy nadzieję, że wspólnie, razem z Wami: widzami, przyjaciółmi będziemy szukać na nie odpowiedzi. A kiedy już je znajdziemy to zadamy kolejne i kolejne... Bo przecież zawsze jest o co jeszcze zapytać. Dotychczas pytaliśmy o historie łemkowskie, z czasem pewnie sięgniemy po inne. Zapytamy sami siebie o nasze historie, nasze korzenie i nasze pieśni.

Będziemy jeszcze grać nie raz. Gdzie i kiedy to się jeszcze zdeklaruje ale na pewno będziemy o tym informować.

Więc Spotkania/Muzykowania ciągle trwają. Przecież ciągle będziemy spotykać i muzykować. Pytać i szukać odpowiedzi.

Magdalena Pietrewicz




29 cze 2012

Jak wojsko partyzantów łapało... Opowieść dwóch sióstr


Jak Panie pamiętają początek wojny, jak wojsko weszło do wsi?

Pani Julia: Pamiętasz coś?

Pani Maria: A jak ojca zabrali do Bartnego?

Pani Julia: To pamiętam, to w tym roku co nas wygnali?

M: Chyba tak, my w czerwcu zostaliśmy wygnani. Jeszcze wszystko się robiło na polu. Oraliśmy krowami, bo konie nam zabrali na wojnę. Brat był starszy ode mnie. Szesnaście lat miał, no i z ojcem przyszli z pola na obiad.

J: Przy stole jedliśmy. Patrzymy przez okno, jechało do wioski wojsko. Się zatrzymali, z samochodów powychodzili. Wlatywali do mieszkań, do nas był kawałek drogi to widzieliśmy przez okno. Wojskowy przylecieli do chałupy, siedzieliśmy przy stole...

M: Jeszcze przed domem mieliśmy takie ogrodzenie i takie sztachety. Oni jak przychodzili sztachetę tak nogą przytrzymał jeden i złamał. Tatę po plecach i brata... Tą sztachetą bił. Mama krzyk, bo się wszystko wystraszyło, co oni chcą, co robią: Do przodu wychodzić, wychodzić! Do samochodów po wiosce pozabierali. To była pora obiadowa, zabrali mężczyzn, kogo złapali na wiosce i do samochodu, do Bartnego.

 J: Wojsko miało cały punkt tam. Ludzi w chałupie nie było, bo wyjechali na Ukrainę i te domy były puste, tam zabrali ich do jednego domu, pozamykali do komórki, żeby razem nie byli, a taka była skrzynia na zboże, na mąkę i tam mojego brata wzięli, kazali mu wejść i go wiekiem zatkali. No i tam zatrzymali wszystkich. W nocy brali ich, wywiad robili.

 M: Przesłuchanie robili i psami szczuli.

J: No a brat w skrzyni siedział i nie miał już czym oddychać, bo to było szczelne i płakał tam, krzyczał ale kto go słuchał. Tatę zawołali na przesłuchanie. Poszedł do tego starszego co wywiad prowadził i mówi, żeby syna wypuścić, bo się zadusi, nie ma czym oddychać. I później poszedł i otworzył mu, cały mokry był. No i tam też bili ich..

 M: Oni przed swoim dowództwem tłumaczyli się, że wszystkich w lesie połapali, że UPA a wojsko nawet nie widziało lasu,  bali się tam wejść. 

 J: No i tak ich bili, brata też zbili. Mówił, że taka guma była i tak po rękach go bili. Całe ciało miał sine. Na drugi dzień wszystkich do Gorlic na policje zabrali i też tak wojsko prowadziło i jak przez wioski szli, to zatrzymywali się i mówili, że partyzantów połapali w lesie. A oni chłopów z domu zabrali. I w Gorlicach też bili, jak brata zawołali, to on tam przyszedł już widzieli ślady, popatrzyli na niego i mówi: Jemu już straszy wypuśćcie go do domu. 

Opracowanie Marcelina Jakimowicz

27 cze 2012

We krwi nie było ani jednego polskiego słowa....


Pani Julia - pięknie uśmiechnięta starsza kobieta opowiada nam o czasie przedwojennym w Krzywej, dziś nie ma tam ani jednego Łemka. Wspomina o jej pierwszym kontakcie z obcym językiem i izolacji językowej jaką poczuła po wysiedleniach w 1947 roku, na Dolnym Śląsku.
Przed wojną była za mała by chodzić do szkoły, naukę zaczęła w czasach okupacji niemieckiej przez co język polski był jej obcy. Jak wspomina, do czasów wojennych w jej krwi nie było ani jednego słowa polskiego. Pewnego dnia ojciec zabiera ją do Gorlic na zakup butów, zaskakuje ją gwar miasta, Żydzi na rynku zachwalają swoje towary wyłożone na stoiskach, zewsząd docierają do niej nieznane słowa. Ten dzień zapamiętuje bardzo dobrze, dostaje od ojca buty:

To się rozglądałam po rynku, mieli wszytko do sprzedania i poszliśmy buty kupić... Takie czarne były pantofle i się z boku zaczepiało - lakierki tylko od niedzieli. Normalnie to się chodziło w drewniakach albo na boso, a tamte kupne takie eleganckie były, a w tych drewniakach  spód drewniany.

Gdy do wsi wchodzi polskie wojsko żołnierz pyta się jej jaka to wioska? Dziewczynka nie rozumie, nic nie odpowiada. Biegnie do domu i pyta się ojca: Tato co znaczy wioska? On odpowiada: sielo córeczko, wioska to sielo...
Wysiedlenia w 1947 roku powodują, że rodzina Pani Julii musi odnaleźć się w obcym sobie świecie, przyjeżdżają na Dolny Śląsk, jako najstarsza z rodzeństwa zostaje wysłana po zakupy: 

I przyszłam do lady, a ta Pani mówi: Dla ciebie co? Bo ja byłam wtedy młoda, a no to ja mówię co - może nie tak powiedziałam nie tak jak po polsku, a taka Pani jedna wystąpiła z kolejki i mówi: Co ty gadasz, idź do domu, naucz się po polsku i wtedy przyjdziesz kupić. A człowiek nie umiał, no nie umiał... Później mama się poskarżyła takiej jednej, to Polka, razem paśli krowy i mama jej powiedziała, no a mama też nie umiała po polsku. I ta jej koleżanka mówi: wie Pani to moja córka ma kiosk koło poczty, mieli tam spożywczy, niech wszystko idziecie tam kupić tam jest wszystko, ona was obsłuży. I mama tam chodziła. To ta córka jak widziała, że mama już w kolejce, to zaraz wywołała mamę: Niech Pani idzie Pani starsza niech Pani nie stoi w kolejce. I takie ludzie też byli.

Opracowała Marcelina Jakimowicz


26 cze 2012

Jeden z pokolenia po akcji Wisła i to, co zostało w rodzinie z dawnych latach


Co Pan pamięta ze swojego dzieciństwa, jakie wspomnienie?
Ja byłem pierwszym pokoleniem po akcji „Wisła”. Mieszkaliśmy na wiosce, gdzie tylko moja rodzina i mój wujek to byli Łemkowie, reszta to byli Polacy. To były Gniewomirowice.
W dzieciństwie bardzo ważna była tradycja, rodzina, język, przekazywanie tej kultury, wiara. W szkole raczej nie byłem dyskryminowany z tego powodu, że jestem Łemkiem, czasem zdarzały się przypadki, ale nieczęsto.
Czy pamięta Pan jakieś przedmioty, rzeczy z czasów dzieciństwa?
Mam takie wspomnienie – Wielkanoc. Nie mieliśmy kościoła, a Wielkanoc, to święto ruchome, więc nie święciliśmy jajek, to pamiętam. Ale mieliśmy taki kawałek soli kamiennej przywieziony i nim się dzieliliśmy. To był taki symbol związku z utraconym światem. Wszyscy brali ważne rzeczy dla siebie. Mieliśmy jeszcze drewniany krzyż z trzema ramionami, który jest w naszej rodzinie już 150 lat. Był też taki modlitewnik, śpiewnik w starocerkiewnym. I jak ktoś umarł, to czytało się cały, czytały go dwie osoby, bo fizycznie jedna by nie dała rady.

Jeszcze jakieś rzeczy Pan pamięta?
Dużo rzeczy wywieziono jako pamiątki, ale takie rzeczy często giną w obliczu asymilacji. I to jest tragedia. Przekazywanie dalej tradycji to atut w tworzeniu siebie. Kiedyś patrzono na nas źle, ale teraz często ta tradycja jest obiektem zazdrości, a Łemkowie coraz częściej się otwierają.

Rozmowę przeprowadził Jan Szlempo

24 cze 2012

Pieśni, których nie mieli na językach kilkadziesiąt lat...



Trzeci wyjazd na Łemkowszczynę, wcześniej z innymi grupami zbieramy opowieści o dawnych czasach   wśród Łemków wysiedlonych w ramach akcji Wisła, lecz to mój pierwszy wyjazd z grupą: artystów, muzyków, aktorów i niezwykle muzykalnych maturzystów, dla których celem wyprawy jest muzykowanie.  Widzę jak zaczynają wciągać się w magię poznawania łemkowskiej kultury, jak wielką radość sprawia im słuchanie wspomnień starszych. 

Jak ktoś kiedyś powiedział ludzie, którzy przeżyli wojnę, zawsze w rozmowie wcześniej czy później do niej nawiążą. Tak też jest ze starszymi Łemkami, dla których działania wysiedleńcze w 1947 roku stały się punktem zwrotnym w ich biografiach, podzieliły ich życie na przedtem i potem. Wspominanie o takich doświadczeniach jest zawsze trudne i wiąże się z odgrzebywaniem pamięci i zapomnianych emocji, wspólne śpiewanie stanowiło przerwę, bądź wstęp do opowieści, pozwalało pośrednio wyrazić emocje. 

Tyle jeśli chodzi o przyglądanie się innym i refleksje z tym związane. Z drugiej strony ja, dla której wchodzenie do domów z pieśnią na ustach kojarzyło się raczej tylko z kolędnikami:) Tu ta bardziej muzykalna część grupy stwarza dobrą atmosferę przy spotkaniach. Obserwuję ten błysk w oku babć  i dziadków na dźwięk pieśni, których jak sami mówili nie mieli na językach od dziesiątek lat. Ciche podśpiewywanie, które z czasem zamienia się w przypominanie się kolejnych zapomnianych pieśni. Podoba mi się to muzykowanie. Magia spotkania polsko-łemkowskiego, niedowierzanie starszych Łemków, że nie jesteśmy swoje, że Polki; Pytania:  Na pewno korzeni chociaż  nie macie? Chwile, w których nasi rozmówcy niespodziewanie  w rozmowie przechodzą na łemkowski świadczą o tym, że czują się w naszym towarzystwie swobodnie.

Może mityzuję kwestie spotkania, może popełniam błąd zwracając uwagę na moc śpiewu w spotkaniu, może odkrywam  na nowo prawdę, która mówi o sile muzyki w jednoczeniu się ludzi. Jednak uśmiech i otwarcie jakie powoduje te kilka, wydawać by się mogło nieznacznych piosenek spowodowało, że na sobie poczułam siłę śpiewu, którzy jednoczy, staje się wspólnym mianownikiem do dialogu obcych sobie osób. I tak widzę w pamięci twarze osób, które przedstawiają nam kolejne przyśpiewki, pieśni miłosne, kołysanki. Widzę także twarze współtowarzyszy wyprawy, jak śpiewają przy ogniskach, w drodze, a nawet przy cięciu drewna.  Pieśni wryte w głowę, wielokrotnie śpiewane powodują, że po przyjeździe do domu cały czas podśpiewuję, aż rodzina zaczyna  śpiewać: Siadu sobi na konyka, siadu sobi na konyka, jak na winu poidu...

Marcelina Jakimowicz