28.09.2012 r. kończymy sezon na Nowym. Wieczory już dość chłodne, nie można więc odpuścić okazji, by rozgrzać się przy ognisku! Weźcie ze sobą coś do jedzenia i picia, byle by było dostosowane do przygotowania i spożycia w warunkach polowych ;)
Wydarzenie na facebooku: http://www.facebook.com/events/124102984403951/
Dołączajcie!
Zapraszamy wszystkich bardzo serdecznie, zaczynamy o 18:00!
Ośrodek Nowy Świat w Legnicy, ul. Nowy Świat 19, wejście od ul. Korczaka 17.
28 wrz 2012
2 lip 2012
Spotkania/Muzykownia wcale się nie skończyły...
Spektakle się
odbyły. Wystawialiśmy je w sobotę i niedzielę. Widownia była prawie pełna.
Opowiadaliśmy o spotkaniach, historiach, pieśniach. Właściwie to samo w sobie
było spotkanie i nasza wspólna pieśń - pieśń uczestników warsztatów, ludzi
których spotkaliśmy po drodze, i wreszcie widzów, którzy przyszli do nas na Nowy
Świat w sobotę i niedzielę.
Spektakl opowiadał historie, ale nie w całości. Dlatego zadawał pytania. Mamy nadzieję, że wspólnie, razem z Wami: widzami, przyjaciółmi będziemy szukać na nie odpowiedzi. A kiedy już je znajdziemy to zadamy kolejne i kolejne... Bo przecież zawsze jest o co jeszcze zapytać. Dotychczas pytaliśmy o historie łemkowskie, z czasem pewnie sięgniemy po inne. Zapytamy sami siebie o nasze historie, nasze korzenie i nasze pieśni.
Będziemy jeszcze grać nie raz. Gdzie i kiedy to się jeszcze zdeklaruje ale na pewno będziemy o tym informować.
Więc Spotkania/Muzykowania ciągle trwają. Przecież ciągle będziemy spotykać i muzykować. Pytać i szukać odpowiedzi.
Spektakl opowiadał historie, ale nie w całości. Dlatego zadawał pytania. Mamy nadzieję, że wspólnie, razem z Wami: widzami, przyjaciółmi będziemy szukać na nie odpowiedzi. A kiedy już je znajdziemy to zadamy kolejne i kolejne... Bo przecież zawsze jest o co jeszcze zapytać. Dotychczas pytaliśmy o historie łemkowskie, z czasem pewnie sięgniemy po inne. Zapytamy sami siebie o nasze historie, nasze korzenie i nasze pieśni.
Będziemy jeszcze grać nie raz. Gdzie i kiedy to się jeszcze zdeklaruje ale na pewno będziemy o tym informować.
Więc Spotkania/Muzykowania ciągle trwają. Przecież ciągle będziemy spotykać i muzykować. Pytać i szukać odpowiedzi.
Magdalena Pietrewicz
29 cze 2012
Jak wojsko partyzantów łapało... Opowieść dwóch sióstr
Jak
Panie pamiętają początek wojny, jak wojsko weszło do wsi?
Pani Julia: Pamiętasz
coś?
Pani Maria: A jak ojca
zabrali do Bartnego?
Pani Julia: To pamiętam,
to w tym roku co nas wygnali?
M: Chyba tak, my w
czerwcu zostaliśmy wygnani. Jeszcze wszystko się robiło na polu. Oraliśmy
krowami, bo konie nam zabrali na wojnę. Brat był starszy ode mnie. Szesnaście lat miał, no i z ojcem przyszli z pola na obiad.
J: Przy stole
jedliśmy. Patrzymy przez okno, jechało do wioski wojsko. Się zatrzymali, z samochodów
powychodzili. Wlatywali do mieszkań, do nas był kawałek drogi to widzieliśmy
przez okno. Wojskowy przylecieli do chałupy, siedzieliśmy przy stole...
M: Jeszcze przed
domem mieliśmy takie ogrodzenie i takie sztachety. Oni jak przychodzili sztachetę
tak nogą przytrzymał jeden i złamał. Tatę po plecach i brata... Tą sztachetą bił. Mama
krzyk, bo się wszystko wystraszyło, co oni chcą, co robią: Do przodu wychodzić,
wychodzić! Do samochodów po wiosce pozabierali. To była pora obiadowa, zabrali
mężczyzn, kogo złapali na wiosce i do samochodu, do Bartnego.
J: Wojsko miało
cały punkt tam. Ludzi w chałupie nie było, bo wyjechali na Ukrainę i te domy
były puste, tam zabrali ich do jednego domu, pozamykali do komórki, żeby
razem nie byli, a taka była skrzynia na zboże, na mąkę i tam mojego brata wzięli,
kazali mu wejść i go wiekiem zatkali. No i tam zatrzymali wszystkich. W nocy
brali ich, wywiad robili.
M: Przesłuchanie
robili i psami szczuli.
J: No a brat w skrzyni
siedział i nie miał już czym oddychać, bo to było szczelne i płakał tam,
krzyczał ale kto go słuchał. Tatę zawołali na przesłuchanie. Poszedł do tego
starszego co wywiad prowadził i mówi, żeby syna wypuścić, bo się zadusi, nie ma
czym oddychać. I później poszedł i otworzył mu, cały mokry był. No i tam też
bili ich..
M: Oni przed swoim
dowództwem tłumaczyli się, że wszystkich w lesie połapali, że UPA a wojsko nawet nie
widziało lasu, bali się tam wejść.
J: No i tak ich
bili, brata też zbili. Mówił, że taka guma była i tak po rękach go bili. Całe ciało
miał sine. Na drugi dzień wszystkich do Gorlic na policje zabrali i też tak wojsko prowadziło i jak przez wioski szli, to zatrzymywali się i mówili, że partyzantów
połapali w lesie. A oni chłopów z domu zabrali. I w Gorlicach też bili, jak brata
zawołali, to on tam przyszedł już widzieli ślady, popatrzyli na niego i mówi:
Jemu już straszy wypuśćcie go do domu.
Opracowanie Marcelina Jakimowicz
Opracowanie Marcelina Jakimowicz
27 cze 2012
We krwi nie było ani jednego polskiego słowa....
Pani Julia - pięknie uśmiechnięta
starsza kobieta opowiada nam o czasie przedwojennym w Krzywej, dziś nie ma tam
ani jednego Łemka. Wspomina o jej pierwszym kontakcie z obcym językiem i
izolacji językowej jaką poczuła po wysiedleniach w 1947 roku, na Dolnym Śląsku.
Przed wojną była za
mała by chodzić do szkoły, naukę zaczęła w czasach okupacji niemieckiej przez co
język polski był jej obcy. Jak wspomina, do czasów wojennych w jej krwi nie było ani jednego słowa
polskiego. Pewnego dnia ojciec zabiera ją do Gorlic na zakup butów,
zaskakuje ją gwar miasta, Żydzi na rynku zachwalają swoje towary wyłożone na
stoiskach, zewsząd docierają do niej nieznane słowa. Ten dzień zapamiętuje
bardzo dobrze, dostaje od ojca buty:
To
się rozglądałam po rynku, mieli wszytko do sprzedania i poszliśmy buty kupić...
Takie czarne były pantofle i się z boku zaczepiało - lakierki tylko od niedzieli.
Normalnie to się chodziło w drewniakach albo na boso, a tamte kupne takie
eleganckie były, a w tych drewniakach spód drewniany.
Gdy
do wsi wchodzi polskie wojsko żołnierz pyta się jej jaka to wioska? Dziewczynka nie rozumie, nic nie
odpowiada. Biegnie do domu i pyta się ojca: Tato
co znaczy wioska? On odpowiada: sielo
córeczko, wioska to sielo...
Wysiedlenia w 1947 roku
powodują, że rodzina Pani Julii musi odnaleźć się w obcym sobie świecie,
przyjeżdżają na Dolny Śląsk, jako najstarsza z rodzeństwa zostaje wysłana po
zakupy:
I
przyszłam do lady, a ta Pani mówi: Dla
ciebie co? Bo ja byłam wtedy młoda, a no to ja mówię co - może nie tak
powiedziałam nie tak jak po polsku, a taka Pani jedna wystąpiła z kolejki i
mówi: Co ty gadasz, idź do domu, naucz
się po polsku i wtedy przyjdziesz kupić. A człowiek nie umiał, no nie
umiał... Później mama się poskarżyła takiej jednej, to Polka, razem paśli krowy
i mama jej powiedziała, no a mama też nie umiała po polsku. I ta jej koleżanka
mówi: wie Pani to moja córka ma kiosk
koło poczty, mieli tam spożywczy, niech wszystko idziecie tam kupić tam jest wszystko, ona was obsłuży. I mama tam chodziła. To ta córka jak widziała,
że mama już w kolejce, to zaraz wywołała mamę: Niech Pani idzie Pani starsza niech Pani nie stoi w kolejce. I
takie ludzie też byli.
Opracowała Marcelina Jakimowicz
26 cze 2012
Jeden z pokolenia po akcji Wisła i to, co zostało w rodzinie z dawnych latach
Co Pan pamięta ze swojego dzieciństwa,
jakie wspomnienie?
Ja byłem pierwszym pokoleniem po akcji „Wisła”. Mieszkaliśmy na wiosce, gdzie tylko moja rodzina i mój wujek to byli Łemkowie, reszta to byli Polacy. To były Gniewomirowice.
Ja byłem pierwszym pokoleniem po akcji „Wisła”. Mieszkaliśmy na wiosce, gdzie tylko moja rodzina i mój wujek to byli Łemkowie, reszta to byli Polacy. To były Gniewomirowice.
W dzieciństwie
bardzo ważna była tradycja, rodzina, język, przekazywanie tej kultury, wiara. W
szkole raczej nie byłem dyskryminowany z tego powodu, że jestem Łemkiem, czasem
zdarzały się przypadki, ale nieczęsto.
Czy
pamięta Pan jakieś przedmioty, rzeczy z czasów dzieciństwa?
Mam takie wspomnienie – Wielkanoc. Nie mieliśmy kościoła, a Wielkanoc, to święto ruchome, więc nie święciliśmy jajek, to pamiętam. Ale mieliśmy taki kawałek soli kamiennej przywieziony i nim się dzieliliśmy. To był taki symbol związku z utraconym światem. Wszyscy brali ważne rzeczy dla siebie. Mieliśmy jeszcze drewniany krzyż z trzema ramionami, który jest w naszej rodzinie już 150 lat. Był też taki modlitewnik, śpiewnik w starocerkiewnym. I jak ktoś umarł, to czytało się cały, czytały go dwie osoby, bo fizycznie jedna by nie dała rady.
Mam takie wspomnienie – Wielkanoc. Nie mieliśmy kościoła, a Wielkanoc, to święto ruchome, więc nie święciliśmy jajek, to pamiętam. Ale mieliśmy taki kawałek soli kamiennej przywieziony i nim się dzieliliśmy. To był taki symbol związku z utraconym światem. Wszyscy brali ważne rzeczy dla siebie. Mieliśmy jeszcze drewniany krzyż z trzema ramionami, który jest w naszej rodzinie już 150 lat. Był też taki modlitewnik, śpiewnik w starocerkiewnym. I jak ktoś umarł, to czytało się cały, czytały go dwie osoby, bo fizycznie jedna by nie dała rady.
Jeszcze jakieś rzeczy Pan pamięta?
Dużo rzeczy wywieziono jako pamiątki, ale takie rzeczy często giną w obliczu asymilacji. I to jest tragedia. Przekazywanie dalej tradycji to atut w tworzeniu siebie. Kiedyś patrzono na nas źle, ale teraz często ta tradycja jest obiektem zazdrości, a Łemkowie coraz częściej się otwierają.
Rozmowę przeprowadził Jan Szlempo
24 cze 2012
Pieśni, których nie mieli na językach kilkadziesiąt lat...
Trzeci wyjazd na
Łemkowszczynę, wcześniej z innymi grupami zbieramy opowieści o dawnych czasach wśród Łemków wysiedlonych w ramach akcji Wisła, lecz to mój pierwszy wyjazd z
grupą: artystów, muzyków, aktorów i niezwykle muzykalnych maturzystów, dla
których celem wyprawy jest muzykowanie. Widzę
jak zaczynają wciągać się w magię poznawania łemkowskiej kultury, jak wielką
radość sprawia im słuchanie wspomnień starszych.
Jak ktoś kiedyś powiedział
ludzie, którzy przeżyli wojnę, zawsze w rozmowie wcześniej czy później do niej nawiążą. Tak też jest ze
starszymi Łemkami, dla których działania wysiedleńcze w 1947 roku stały się
punktem zwrotnym w ich biografiach, podzieliły ich życie na przedtem i potem.
Wspominanie o takich doświadczeniach jest zawsze trudne i wiąże się z odgrzebywaniem pamięci i zapomnianych emocji, wspólne śpiewanie
stanowiło przerwę, bądź wstęp do opowieści, pozwalało pośrednio wyrazić emocje.
Tyle jeśli chodzi o przyglądanie
się innym i refleksje z tym związane. Z drugiej strony ja, dla której wchodzenie
do domów z pieśnią na ustach kojarzyło
się raczej tylko z kolędnikami:) Tu ta bardziej muzykalna część grupy stwarza
dobrą atmosferę przy spotkaniach. Obserwuję ten błysk w oku babć i dziadków na dźwięk pieśni, których jak sami
mówili nie mieli na językach od
dziesiątek lat. Ciche podśpiewywanie, które z czasem zamienia się w
przypominanie się kolejnych zapomnianych
pieśni. Podoba mi się to muzykowanie.
Magia spotkania polsko-łemkowskiego, niedowierzanie starszych Łemków, że nie jesteśmy swoje, że Polki; Pytania: Na pewno
korzeni chociaż nie macie? Chwile, w
których nasi rozmówcy niespodziewanie w
rozmowie przechodzą na łemkowski świadczą o tym, że czują się w naszym
towarzystwie swobodnie.
Może mityzuję kwestie
spotkania, może popełniam błąd zwracając uwagę na moc śpiewu w spotkaniu, może odkrywam na nowo prawdę, która mówi o sile muzyki w
jednoczeniu się ludzi. Jednak uśmiech i otwarcie jakie powoduje te kilka,
wydawać by się mogło nieznacznych piosenek spowodowało, że na sobie poczułam
siłę śpiewu, którzy jednoczy, staje się wspólnym mianownikiem do dialogu obcych
sobie osób. I tak widzę w pamięci twarze osób, które przedstawiają nam
kolejne przyśpiewki, pieśni miłosne, kołysanki. Widzę także twarze
współtowarzyszy wyprawy, jak śpiewają przy ogniskach, w drodze, a nawet przy
cięciu drewna. Pieśni wryte w głowę,
wielokrotnie śpiewane powodują, że po przyjeździe do domu cały czas podśpiewuję,
aż rodzina zaczyna śpiewać: Siadu sobi
na konyka, siadu sobi na konyka, jak na winu poidu...
Marcelina Jakimowicz
Kilka refleksji młodej etnolożki...
Spotkania/muzykowania na Łemkowszczyźnie było nie pierwszym
moim zetknięciem z kulturą i tematyką łemkowską. Rok wcześniej brałam udział w
badaniach stricte etnograficznych prowadzonych w Legnicy i okolicach.
Wcześniejsze doświadczenia związane z tym tematem znacznie odbiegają od tych,
które miały miejsce T A M. Etnologia/ etnografia, dzięki działaniom, jakie
podjęliśmy na terenie Beskidu Niskiego zmienia swoje znaczenie: z nauki
akademickiej - na działanie para-teatralne. Wykorzystywanie etnologii w sztuce,
w teatrze jest zjawiskiem nie nowym, jednak wciąż mało obecnym na polskiej
scenie. Projekt zainicjowany prze Ośrodek Nowy Świat stanowi dla mnie próbę
przełożenia wiedzy (etnologicznej), na język sztuki/ teatru - co wpisuje dany
projekt w ramy "antropologii stosowanej" - tak poszukiwanej zwłaszcza
przez młodych badaczy kultury. Mój udział (młodej etnolożki), w danych
działaniach etno-artystycznych nie ograniczył się tym razem do standardowego
"zbierania materiału" (etnograficznego). Działanie naukowe w tym
projekcie wykracza poza aktywność dokumentacyjną i jak przekonałam się w
praktyce może świetnie współgrać z działalnością animacyjną na rzecz lokalnej
społeczności. Organizowanie warsztatów para-teatralnych dla dzieci, wspólne aranżowanie pieśni łemkowskich
pozwalały oprócz zbierania nowych doświadczeń, zebrać "materiał" na
potrzeby spektaklu. Niestandardowe sposoby gromadzenia wiedzy, okazały się
najskuteczniejsze na drodze ku poznaniu zarówno kultury Łemków, jak i ich
historii, stanowiącej kanwę scenariusza. Najcenniejszym dla "badań"
etnologicznych tego typu, jest to, iż nie zapełnią jedynie arkuszy papieru, a
staną się okazją do podjęcia na nowo tematu zarówno tożsamości, jak i tradycji
Łemków. Dzięki takim działaniom etnologia nie tylko ma szansę poszerzyć pole
swojej eksploracji naukowej, ale też dotrzeć bliżej ludzi, którymi się zajmuje.
Mariola Mysior
Subskrybuj:
Posty (Atom)











